środa, 6 marca 2013

Wieczór w klubie kolacyjnym

Autorem artykułu jest Mariusz Hartman


               - Klub kolacyjny? A co to takiego? – spytałem. Ta nazwa absolutnie nic mi nie mówi. A takie słowa figurowały na zaproszeniu, jakie podarowali mi znajomi. - Musisz iść koniecznie, spójrz, jest niedrogo – dodali.

               No to idę. Na zaproszeniu jest adres. Ten klub znajduje się na pobliskim osiedlu. Dziwne. Nie w centrum Gdańska? Na jego stronie internetowej sprawdziłem jeszcze menu na ten szczególny wieczór. Kolacja złożona z czterech dań. Wszystko za dobrą cenę. W przeciętnej restauracji mógłbym zamówić co najwyżej połowę tego, co widzę w tej karcie, i to jeszcze bez wina. 

                Pod adresem klubu znajdował się… zwykły blok, jakich pełno na naszych osiedlach. Idę do klatki, dzwonię. Po chwili jestem już pod drzwiami mieszkania, które otwiera mi elegancka kobieta. Jak się zaraz okazuje, pani domu. Klub znajduje się w mieszkaniu, kilka pokoi, kuchnia, łazienka i toaleta. To jest dom organizatorów. Ciekawy pomysł, ciekawe co z tego wyniknie... Kobieta przedstawia mnie mężczyźnie, który buszuje właśnie w kuchni. To kucharz i jednocześnie gospodarz spotkania. Wita się ze mną szybko i zaraz wraca do gotowania.

                Pani domu prowadzi mnie do salonu. Tam przy dużym stole na tuzin osób siedzi już kilkoro innych gości. Szybko się sobie przedstawiamy. Różne zawody, różne zajęcia, różne pasje. Dość przypadkowa zbieranina. Ale wkrótce dociera do mnie, że wszystkich nas coś jednak łączy – miłość do dobrego jedzenia.  Siadam przy stole. Przede mną eleganckie talerze i sztućce, kilka kieliszków i szklanek, półmiski z zakąskami – oliwki, dojrzewające wędliny, dipy, pasztety i domowe pieczywo. Karafki pełne stołowego wina. Kilkanaście świec. Jest nastrój, jest jakaś lekka muzyka w tle. Naprawdę, podoba mi się. Żeby jeszcze jedzenie było fajne…

                Chrupiemy zakąski, gawędzimy, dochodzą także ostatni goście. Gdy jesteśmy w komplecie, nasz gospodarz wita nas oficjalnie, nalewa do kieliszków aperitify i ogólnie opowiada o klubie. To pierwszy składkowy klub kolacyjny w trójmieście. Na stronie internetowej proponuje menu i składkę za jedną osobę. Bo wszyscy składają się na kolację. Jeśli komuś to odpowiada, przelewa pieniądze na wskazane konto i zjawia się w domu gospodarza. Proste i fantastyczne!

                    - Zarabia Pan na tym?

              - A skąd! – odpowiada gospodarz. – To żadna działalność, to hobby. Wszyscy po prostu zrzucamy się na posiłek i cieszymy się nim oraz swoim towarzystwem. Jak paczka przyjaciół – uśmiecha się. 

                Zaraz potem zapowiada przystawkę – koktajl krabowy z awokado z sosem pomidorowo – paprykowym. Zgrabny, kolorowy walec otoczony czerwonym sosem znika prawie natychmiast, popity chłodnym białym wytrawnym. Fajny melanż smaków, ciekawie skomponowany na talerzu. Po kilku minutach zjawia się zupa z porów z marynowanymi gąskami i chrupiącymi grzankami z bagietki. Jakoś nie przepadam za grzybami, bo ich nie znam i nie lubię zbierać. Ale to było naprawdę bardzo dobre!

                  Potem kilkunastominutowa przerwa, bo wołowina po burgundzku musi mieć czas, by dojść – tak mi wyjaśniono. W tym czasie gospodarz napełnia nasze kieliszków wytrawnym burgundem – akurat do wołowiny – i zaraz z powrotem leci do kuchni, a pani domu opowiada o winie. Mało co rozumiem. Wino pić lubię, ale nie znam się na nim kompletnie. Mimo to jestem pełen podziwu. Nie dość, że jedzenie jest świetne i gospodarze się na nim znają, to jeszcze o winie mogą godzinami rozprawiać. Jak dobrze, że są tacy pasjonaci…

                  Rozmawiamy sobie wesoło i dochodzę do wniosku, że wszystkich gości nie przywiodła tu tylko miłość do jedzenia. Przypatruję się innym. Wszyscy są roześmianie, są mili i sympatyczni. Otwarci. Lubią podróżować. Poznawać, to co nowe. Próbować, smakować, doświadczać. Ludzie niezwykle otwarci. No tak, ale przecież dlaczego mnie to dziwi? Jacy inni ludzie przyszliby do obcego mieszkania na posiłek, serwowany przez nieznajomych?

                    Nadchodzi wołowina. Coś na kształt gulaszu, ale pachnąca zupełnie inaczej niż to, co mi w domu serwowała mama. Sorry mamuśka, ale spadasz na drugie miejsce. No tak, to wołowina po burgundzku, duszona powoli w czerwonym winie.  Do tego sałaty z winegretem i usmażone w głębokim tłuszczu ziemniaczki zmieszane z ciastem ptysiowym. Nazwa była francuska i wyleciała mi z głowy. Co z tego, skoro było pyszne!

                  Kolacja powoli zbliża się do końca. Na stole pojawia się już słodkie wino, a to oznacza, że za chwilę deser. I faktycznie, gospodarze przynoszą talerze, na których leżą kawałki pomarańczowo – cytrynowej tarty, upieczonej na kruchym cieście. Tarty akurat sam czasem robię, a ta jest prawie tak dobra jak moje. Nie, jednak jest o wiele lepsza. W życiu nie udało mi się zrobić tak aksamitnych masy i ciasta. O rety… Gospodarz zapewnia, że da mi dokładny przepis. Po deserze rozmawiamy jeszcze trochę i wysuszamy nasze kielichy.

         Nikt nas nie wygania ani nawet nie daje do zrozumienia, że czas kończyć. Sami podnosimy się z krzeseł i zaczynamy dziękować. I jest za co. Dawno nie jadłem tak fantastycznych rzeczy, tak świetnie podanych. Gdybym nie wiedział, gdzie jestem, to obstawiałbym, że to najlepsza restauracja w mieście i zaraz dostanę ogromniasty rachunek. A tu wszystko za 90 złotych. Fenomenalne! Żegnamy gospodarzy i wychodzimy. Przed klatką jedna z par wręcza mi wizytówkę. Za chwilę już wszyscy wymieniamy się karteczkami. Warto mieć kontakt z takimi serdecznymi ludźmi.

        - Wrócicie tu, do klubu kolacyjnego? – pytam

        - Żartujesz? Pewnie, że tak! – prawie się przekrzykują. – Już nie możemy się doczekać następnej kolacji.                 

            Mają rację. Ja też na nią przyjdę.

--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Restauracje Japońskie z SUSHI i ich rozwój w Warszawie.

Restauracje Japońskie z SUSHI i ich rozwój w Warszawie.

Autorem artykułu jest Waldemar Wieruszewski



Restauracje oferujące kuchnie międzynarodową od lat cieszą się dużą popularnością, zwłaszcza w Warszawie, uważanej za kulinarną stolicę naszego kraju.

Restauracje oferujące kuchnie międzynarodową od lat cieszą się dużą popularnością, zwłaszcza w Warszawie, uważanej za kulinarną stolicę naszego kraju. Lata dziewięćdziesiąte to w Warszawie czas rozkwitu barów serwujących dania z różnych regionów świata. Kuchnia śródziemnomorska, europejska, amerykańska oraz azjatycka na dobre zagościły w jadłospisach warszawiaków. Bardzo ciekawą propozycją są restauracje oferujące sushi. Kuchnia japońska, chociaż tak odmienna od tradycyjnej kuchni polskiej, zdobyła sobie szerokie grono zwolenników, zwłaszcza wśród mieszkańców Warszawy i innych dużych miast.

Głównym i nieodłącznym składnikiem sushi są surowe ryby, które posiadają wiele cennych składników, takich jak nienasycone kwasy tłuszczowe oraz pełnowartościowe białko. Oryginalność i różnorodność zestawów sushi oraz minimalistyczny, nawiązujący do typowo japońskiego, wystrój restauracji sprawiają, że restauracje sushi są chętnie odwiedzane przez ciekawość i chęć poznania nowych kultur. To doskonałe miejsce zarówno na spotkanie biznesowe, jak i na romantyczną randkę lub spotkanie ze znajomymi.

Egzotyczne sushi przyciąga nie tylko entuzjastów oryginalnej kuchni azjatyckiej, ale również zwykłych mieszkańców Warszawy i okolic, którzy po dniu ciężkiej pracy mają ochotę spróbować czegoś nowego i odmiennego od ich codziennej diety i codziennego stylu życia. Wszystkie zalety restauracji sushi sprawiają, że już od kilkunastu lat są one regularnie odwiedzane przez stałych bywalców oraz coraz to nowych klientów, spragnionych nowych doznań kulinarnych.

Sushi warszawa

---

Sushi Warszawa - INABA


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

niedziela, 12 lutego 2012

Zima przyszła, czyli grochówka na boczku.

Zima przyszła, czyli grochówka na boczku.

Autorem artykułu jest Halszczak



Zima nas nawiedziła i zimno przeokrutnie się zrobiło (acz podobno na Alasce przy tej temperaturze nie zamykają lufcika podczas kąpieli) i jakoś tak człekowi ciężko na duszy, o ciele nie wspominając.

Szczęście w nieszczęściu ferie trwają w najlepsze i Justa w kuchni szaleje, co się dobitnie przekłada na wzrost mojego optymizmu, znaczy powiedzenie „przez żołądek do serca” ma sens. Tydzień temu (mniej więcej) zachciało nam się konkretu pod tytułem grochówka i moja starsza córka takie cudo uskuteczniła.

 Udała się w tym celu do zaprzyjaźnionego sklepu aby nabyć odpowiednią ilość grochu łuskanego, tak zwane połówki (30 dag) ponieważ cała reszta ingrediencji znajdowała się w domowej lodówce. Reszta, czyli słusznej wielkości (ok. 40 dag) kawałek boczku wędzonego i 2 średnie marchewki wylądowały w garnku z zimną wodą i po zagotowaniu w ich towarzystwie wylądowało pół kostki rosołowej (wołowa, marka jak kto lubi), sól i dwie szczypty mielonej ostrej papryki, po czym ogień został zmniejszony i wywar pyrkotał wesolutko jeszcze przez 40 minut. W tym czasie moja latorośl postawiła na palniku (po wcześniejszym dokładnym opłukaniu) groch, zalany wodą na dwa palce (czyli mniej więcej 2 centymetry ponad). Gdy ów się zagotował, ogień został zmniejszony do minimum, do środka dołączyło pół łyżeczki soli i dwie solidne szczypty suszonego majeranku. Miękki, ale nie rozpadający się groszek został potraktowany blenderem, skutkiem czemu zmienił się w piure, potocznie zwanym ciapają, któraż to ciapaja wylądowała w garnku z wywarem i została poddana krótkiej obróbce termicznej na niewielkim gazie celem dostatecznego połączenia składników. Zupa została leciutko uszlachetniona przez dodanie świeżo zmielonego pieprzu i w towarzystwie grzaneczek z buły zrumienionej na masełku wylądowała na talerzach czym przeokrutnie ucieszyła mój żołądek.

 Niestety nie zdążyłem zrobić zdjęcia owego specjału, ale na pocieszenie zaserwuje obrazek jeszcze ciepłego boczusia, któren to został spożyty z bagietką, oczywiście z zachowaniem odpowiednich proporcji.

 

Gwoli ścisłości (coby się nikt nie czepiał) ów specjał to zupa krem, bo grochówka w postaci „czystej” to już zupełnie inna bajka.

---

Kulinarni.info.pl - portal kulinarnie zakręconych facetów.


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

sobota, 21 stycznia 2012

Orientalne kuchnie

Orientalne kuchnie

Autorem artykułu jest Li Li


Sztuka kulinarna Tajlandii, mieni się jedną z najlepszych i najbardziej oryginalnych kuchni na świecie. Na przestrzeni wieków kształtowała się ona głównie na podstawie wpływów kuchni chińskiej z północy oraz kuchni indyjskiej z zachodu.
W porównaniu do Chin częściej występują ostre dania typu curry (warzywa, ryby lub mięso w pikantnym sosie). Mimo zewnętrznych wpływów oryginalność wynika ze stosowania przez Tajów własnych składników. Jednym z charakterystycznych jest mleko kokosowe oraz przyprawy aromatyczne takie jak trawa cytrynowa, świeży imbir bądź liście limonki. Wśród różnych kuchni wschodniej Azji kuchnię tajską należy ocenić jako najbardziej pikantną i aromatyczną. Dużą rolę w składnikach potraw odgrywają owoce morza, głównie skorupiaki. W ostatnim czasie kuchnia ta jak i zarówno japońska zdobyły znaczną popularność w Europie, dzięki swym oryginalnym walorom smakowym poszczególnych dań. Najbardziej rozpoznawanym daniem tajskim na świecie jest prawdopodobnie słynna ostro – kwaśna zupa z krewetek i grzybów (tom yam) czasami z dodatkiem mleka kokosowego.
Dla kuchni japońskiej kluczowe jest użycie ryb (jedzonych również na surowo), przeróżnych owoców morza, także wodorostów oraz warzyw. Popularność zyskały też zupy gotowane bezpośrednio na stole podgrzewanym (kiedyś węglem drzewnym) obecnie gazem oraz spożywanie zanurzanych we wrzątku mięs, ryb i warzyw. Tradycyjne patelnie są tam rzadko wykorzystywane. Japończycy potrawy spożywają  pałeczkami. Przy nakrywaniu do stołu zawsze po lewej stronie stawiają miseczkę z ryżem, po prawej z zupą. Pałeczki zaś leżą równolegle przed nimi. Zupę wypija się prosto z miski, lecz do innych talerzy sięga się już pałeczkami. Przed rozpoczęciem posiłku, w momencie otrzymywania dań mówi się po japońsku :”Itadakimasu” , a dziękując po spożyciu : „Gochiso-sama deshita”. Potrawy dzieli się na dania pochodzenia rodzimego (wymyślone w Japonii) oraz „dania w stylu zachodnim” czyli przywłaszczone od innych krajów. Współcześnie Japończycy, podobnie jak Europejczycy spożywają trzy posiłki dziennie. Zazwyczaj jest to zestaw potraw nazywany ichiju-sansai (ryż i trzy przekąski). Są to miska ryżu, miska zupy oraz trzy potrawy (każda z innej grupy dań).
W całej Polsce znajduję się sporo restauracji podających jedzenie z kuchni tajskiej oraz japońskiej. Japońskie  restauracje stają się ostatnio coraz bardziej popularne.
---
Jeżeli interesują Cię dania orientalne nie musisz wyruszac na wschód - odwiedź restauracje Kraków!

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl